środa, 24 września 2008

Muzycznie wręcz na wskroś

Nazbierało mi się muzyki którą chciałam pokazać to wyjdzie mi teraz monstrualna muzyczna notka ;) Na pierwszy ogień pójdzie musical, który właśnie przed chwilą obejrzałam i jeszcze jestem pod wrażeniem. Trwał 2h15min, nie było ani jednego normalnego dialogu, same piosenki a ja i tak siedziałam przyklejona do monitora. Śpiewają pięknie i po francusku, czego chcieć więcej. Musical to Notre Dame de Paris, jedna piosenka z niego - Belle- już kiedys wystąpiła tutaj ;) Dzisiaj po długim namyśle wybrałam taką o w wykonaniu Garou:

Polecam strasznie polecam całość.

Po drugie - stwierdziłam, że z moim zamiłowaniem do musicali częściowo wiąże się inna moja miłość (i teraz proszę nie śmiać się szyderczo jak mój brat), czyli miłość do filmów animowanych Disneya ;) Z tego chyba nigdy się nie wyleczę i wcale nie chcę :P A z ostatnich refleksji właśnie po disneyowskim Tarzanie to stwierdziłam, że Philowi Collinsowi powinni zabronić pisać piosenek, bo się zawsze przy nich totalnie rozklejam, no. Na Moim Bracie Niedźwiedziu było to samo.


A żeby zakończyć jakoś tak mniej ten tego, że tak dziwnie, to piosenka w której zakochałam się ostatnio, która jest coverem Dire Straits ale w tej wersji podoba mi się dużo bardziej (no pomijając te głupie wąsy Brandona :P)


Mam nadzieję, że komus będzie chciało się w wolnym czasie posłuchać ;)
Co do niusów scrapowych to brak, bo nie mogę się jakoś zebrać do roboty.
A co do niusów ode mnie, to zrobię wam update ogólny, kiedy wszystko będzie już wiadomo, czy z tarczą czy na tarczy, czy może jedną nogą na tarczy :P


PS. Jeszcze na koniec, bo to fenomen, bo pierwszy raz tak bardzo spodobała mi się prezentacja ramówki stacji telewizyjnej :D

Pewnie niedługo jutjub znów usunie więc kto nie widział oglądać już!
No, teraz już koniec. Mam nadzieję, że nie zanudziłam na śmierć ;]

niedziela, 7 września 2008

Kiedy nie można a się chce

Wakacji powinnam już nie mieć, ale je sobie wbrew rozsądkowi robię. Weekend za to pod znakiem rodziny i rowerów - 60km to dla mnie, kompletnie bez kondycji, nie taka prosta sprawa :P Ale za to jaka potem satysfakcja, i jak piwo smakuje.

Trochę prac ostatnio powstało, jako że powinnam robić coś innego a wtedy wena zawsze przychodzi, nieproszona. Pierwszy jest walijski scrap z moim ulubionym zdjęciem z Aber. Jakoś ostatnio mam fazę na "płaskie" prace, zrobione prawie tylko z różnych papierów, i to głównie tych, co znalazły się przy okazji malowania mieszkania - jakiś starych gazet, zeszytów i kartonów. Tak jak właśnie tu, tylko papiero w kropki czysto scrapowy.



Zrobiłam też w końcu okładkę do której przymierzałam się od niepamiętamkiedy, na mój pamiętnik. Znów tylo papier, no i dumna jestem bo nawet równo mi wyszła ta okłądka w sensie szycia. Bez podszewki jest dużo prościej, i na pewno zrobię jeszcze duuużo okładek, bo efekt mi się strasznie podoba :D

I dzisiejsza kartka zrobiona w ramach cardlotka. A jako, że kartek robić nie umiem wcale wspomogłam się mapką z PageMaps. I nareszcie użyłam czegoś oprócz papierów! :DI to by było na tyle, bo teraz już naprawdę nie będę mogła mieć czasu na nic innego poza usilnymi staraniami mającymi na celu moje dalsze szczęśliwe życie w Poznaniu. Powrócę ze zdwojoną siłą w październiku, mam nadzieję!

niedziela, 10 sierpnia 2008

Aberystwyth, Cymru





Zdjęcia mówią same za siebie. Jestem w Walii, uczę się walijskiego, jest tu pieknie, nie chce się wracać. Dwa tygodnie minęły, przede mną jeszcze dwa, a ja tak dawno nie byłam na wakacjach za granicą że mam ochotę zostać tu na zawsze i żyć z owcami.
Oświadczam oficjalnie, że kocham Walię i na pewno jeszcze tu wrócę.

Dw i'n caru Cymru a dw i ddim eisiau ei gadael e. Mae Cymru yn wlad hardd iawn. Mae Cymraeg yn iath ardderchog a diddorol iawn. Cymru yw'r gorau!

środa, 23 lipca 2008

Jarocińsko i zaraz po.

Powróciłam, umyłam się, wyspałam, przybywam by podzielić się wrażeniami. Dokładne opisanie wszystkiego zajęło mi 7 stron pamiętnika, więc tu skrótowo, tylko najważniejsze punkty.

Dzień 1
w roli głównej moje obcierające trampki i dwa ogony z arafatek (nareszcie kupiłam sobie moją wymarzoną zieloną ^^)
Koncerty:
Koniec Świata - energia i pozytyw, jak to zawsze z nimi, szkoda tylko, że tak krótko.
Waglewscy - opłacało się zajmować miejsce tuż za barierką :D Koncert dali rewelacyjny, na żywo jeszcze lepsi, Waglewski jest mistrzem gitary i przesympatycznym człowiekiem ("Instrumenty przedmuchiwane przedmuchowywuje dla was..."), a Fisz... <3 style="font-weight: bold;">Renata Przemyk - wymiotła. Ja wiedziałam, że ona ma kawał głosu, ale na żywo po prostu wgniata w ziemię. Zero, Zona, no i Kochana...

Dzień 2
w roli głównej moje nowe japonki które kupiłam, bo trampki mnie obcierały i malowałam paznokcie na rynku w Jarocinie, bo przecież z takimi obdartymi chodzić nie mogę. I mega bańki kupione w Rossmanie. To już jest uzależnienie, uzależniłam się od baniek. No i Jezus Z Wuefu, który przywędrował do nas, pogadał i nawet poszedł z nami na koncerty. A w przerwie kiedy kupowałam kukurydzę znalazłam na ziemi 20zł, ja szczęściara ja :D
Koncerty:
CKOD - trochę zawód, Vavamuffin - bauns ale bez sensacji i Lao Che - muszę w końcu przesłuchać ich płyty xD
Peter Murphy - świetnie skomponował się z ulewą która wcale nas nie wygoniła nigdzie
Strachy Na Lachy - świetnie przygotowany, świetny muzycznie koncert, myślałam szczerze mówiąc że program Zakazane piosenki nie trafi do mnie aż tak bardzo, ale spodobał mi się strasznie. Przeskakałam cały koncert, szczególnie na zagranym dwa razy Idzie wojna Siekiery, za pierwszym razem śpiewanym przez Renatę. No i Grabaż i Lo lowe. Po prostu.

Dzień 3
w roli głównej ogólne zmęczenie, przeciekający namiot (mi padało na głowę, Alex na nogi), spóźniłyśmy się na pierwszy z filmów wyświetlanych z okazji festiwalu, ale na szczęście zdążyłyśmy na ten na którym zależało mi najbardziej - Control. I miałam rację, że mi zależało, bo film ma niesamowity klimat, końcówkę już oglądałam wciśnięta w fotel. Cudowne ujęcia, i nawet niektóre utwory Joy Division spodobały mi się. No i gra aktorska, brawa dla pana grającego Iana.
Koncerty:
Muchy - nasz kochany poznański zespół, i mimo, że pan Wiraszko głos tracił, to dał radę a ja stojąc pod barierką miałam świetny widok na pana klawiszowca który fajnym był :D No i samoloty z papieru i ukochana Galanteria.
The Subways - poszłysmy, bo Alex powiedziała, że oni młodzi rockowcy i że fajni. I bardzo dobrze zrobiłyśmy, bo dali niesamowicie energetyczny koncert, poderwali publiczność, wokalista skakał po scenie a także pod i ponad nią, krzyczał Jarocin go crazyyy! i razem z Alex szalałyśmy, skakałyśmy i wrzeszczałyśmy razem ze wszystkimi be my rock and roll queen!
Kult - nareszcie. Na koncert Kultu chciałam iść odkąd pamiętam ale nigdy sie jakoś nie złożyło. Może to i dobrze, że to na Jarocinie ich usłyszałam, bo zagrali wszystko to, co zagrać mieli, i Lewe lewe loff, Baranka, Celinę, Wódkę... no i Polska na bis.

I koniec. Jestem zwierzęciem festiwalowym i kocham ten klimat.
My i nasze bańki.

My z Jezusem Z Wuefu i jego koleżanką przed naszym cudownym przeciekającym namiotem :D

No i najważniejsze punkty i tak zajęły mi sporo miejsca :D
Na koniec jeszcze trochę na scrapowo, ramki dwie które wyprodukowałam dziś na imieniny mamowe i babciowe, pod hasłem family memories. Enjoy.

środa, 16 lipca 2008

Unfair

Kolejna praca zrobiona nie wiem po co i dlaczego, która zapewne wyląduje gdzieś na dnie szuflady.
Do zescrapowania tego tekstu przymierzałam się od dwóch tygodni i miałam kilka koncepcji, aż w końcu dzisiaj siadłam i zrobiłam.

When you give your heart
and the one you give it to
just goes and tears it all apart
You wish you didn't care
but all you do is care too much

Piosenkę śpiewa Josh Kelley, ale do pracy grał mi Manchester, jakoś bardziej pasował klimatem. Bazą jest szara koperta a z typowo scrapowych materiałów użyłam tylko stempla. No i wstążki. Wszystko co jest krzywe tak właśnie miało być.

A jutro już wyruszam w drogę do Jarocina taplać się w całym oceanie muzyki przez 3 dni. Módlcie się, żeby tylko nie padało!

sobota, 12 lipca 2008

Na szybko

Bo choć teoretycznie mam mnóstwo czasu, to jakoś i tak go za mało. Za mało mam czasu na lenienie się z książką (słabe tempo czytania Wiedźmina o tym świadczy), za mało na oglądanie filmów, za mało na bycie samą, ale co tam eh tam nie ma co się rozwodzić, co nie? Więc dzisiaj dwie prace robione na szybko, 'na kolanie', z tych niewielu materiałów które wrzuciłam do plecaka pospiesznie opuszczając Poznań.

Pierwsza to scrapowa oprawa mego hymnu, piosenki Soco Amaretto Lime zespołu Brand New. Jedyne co tu jest ciekawe to to, że w pracy tej nie ma ani kropelki kleju, bo po prostu zapomniałam go wziąć (lol) a kiosk był już zamknięty, a ja nie lubię zostawiać zaczętej pracy. Więc wszystko trzyma się na szyciach.
A druga to kartka urodzinowa dla mamy, robiona w ogóle już w warunkach ekstremalnych, bo w domu malowanie, cały mój dobytek w kartonach a ja tu kleję, a pan malarz się zachwyca, że teraz to już rzadko kiedy można spotkać dziewczynę co coś na maszynie szyje. Nawet jeśli to papier.
Inspirowana oczywiście kartkami Mirabeel.

To by było na tyle, bom nie w humorze. Idę obejrzeć 27 dresses.