wtorek, 11 sierpnia 2015

Rajd Konwalii 2015 - Upał kontratakuje

Organizatorzy Rajdu Konwalii chyba zamawiają sobie pogodę tak, by maksymalnie zmęczyć swoich uczestników - tak jak i rok temu, w tym roku rajd też przypadł na jeden z najgorętszych dni lata. Prognozy były tak ekstremalne, że rozważałyśmy nawet z mamą rezygnację ze startu, ostatecznie jednak nie dałyśmy się przestraszyć i postanowiłyśmy po raz drugi stanąć do nierównej walki ze słońcem i upałem, i w sobotę 8 sierpnia stawiłyśmy się (z tatą oczywiście) na starcie trasy Bike Rajdu Konwalii. Do przejechania na szczęście nie aż tak dużo, bo 100km, ale byłyśmy pewne że i w tym roku trasa da nam nieźle w kość.


Na starcie - jeszcze nie jest aż tak gorąco.

Start tym razem dość niestandardowy - bo masowy. Po rozdaniu map mieliśmy chwilę na zapoznanie się z nimi ale brak było zwyczajowej swobody - zwykle na rajdach każdy startuje kiedy chce, a na okrzyk "start!" oznaczający początek czasu zazwyczaj reaguje niewielu rowerzystów. Tym razem trzeba było szybko pakować mapy do mapników i równo o 9:00, na odgłos wystrzału cała grupa ruszyła przez Czaplinek prowadzona przez jedną z organizatorek. Po przekroczeniu głównej drogi i wyjechaniu za miasto nastąpił tak zwany "start ostry" co dla nas znaczyło mniej więcej tyle, że szybko zajęłyśmy z góry ustalone pozycje na końcu stawki. Na obowiązkowy PK1 zajechałyśmy jako jedne z ostatnich ale cóż - trzeba oszczędzać siły!

 Na jedynce - już widać pierwsza znamiona upału, ale wciąż jest nieźle.


Jako że najbliższy jedynce PK6 miał być otwarty dla zawodników dopiero od godziny 10:00 ruszyłyśmy (tak jak chyba większość zawodników) na PK9. Ledwo zobaczyłyśmy zarysy starych murów przy ścieżce, już postanowiłyśmy szukać punktu, niestety był on dokładnie po drugiej stronie ruin, musiałyśmy więc przebić się przez trochę chaszczy i pokrzyw. Po odbiciu punktu skierowałyśmy się dalej na północ, decydując że PK17 zaliczymy teraz, zajeżdżając na niego od wschodu - plątanina ścieżek prowadząca na niego od zachodu nie wróżyła dobrze. Niestety i nasza wersja nie była idealna - droga przez pole skończyła się w połowie, dalej jechałyśmy więc po rżysku w pełnym słońcu. Tempo mocno spadło, więc brakowało chłodzącego lekko powiewu powietrza i upał mocno dał się nam we znaki na tym krótkim przejeździe. Na szczęście na punkt odmierzyłyśmy się idealnie i już pieszo, wzdłuż granicy kultur dotarłyśmy do punktu i szybko z niego uciekłyśmy bo dopadły nas chmary komarów.

 Nie zawsze po drogach...

Z siedemnastki ruszyłyśmy na PK16, chwilę kontemplując czy może nie lepiej byłoby objechać asfaltem i zajechać go od północy. Ostatecznie jednak wybrałyśmy drogę od południa - i słusznie, bo okazała się być bardzo porządna. Wariant objazdowy za to wybrałyśmy na kolejny punkt - PK15. Tu też chwilę biłyśmy się z myślami (na tych rozterkach tracimy chyba najwięcej czasu) ale ostatecznie mama wypatrzyła, że droga przez pole pocięta jest warstwicami co wróżyło podjazdy - a jako że oszczędzałyśmy siły, ruszyłyśmy asfaltem. Na sam punkt też udało nam się odmierzyć bez większych problemów.

Na piętnastce - wyglądam coraz gorzej. Widać też dętkę zawodnika, który przy punkcie walczył z pompką, zupełnie jak my na zeszłorocznej Szadze.



Na kolejnym etapie zaczęły się schody. Po zaliczeniu PK5 stanęłyśmy w obliczu wyboru - brnąć na południe, drogą dużo krótszą ale najprawdopodobniej ciężką - na mapie widać było rzeczkę i bagna - albo objeżdżać. I to daleko, bo droga do krótszego objazdu okazała się już nie istnieć. Odważnie ruszyłyśmy na południe, ale napotkałyśmy zawodnika, który przed chwilą był z nami na piątce a teraz wracał i powiedział nam, że dalej tylko bagno i przejścia raczej nie ma. Stwierdziłyśmy, że nie ma się co męczyć, i też zawróciłyśmy by ruszyć na czwórkę i z niej dopiero na siódemkę. Jak się okazało była to słuszna decyzja - tata na mecie opowiedział nam jak to było przeprawiać się między piątką a siódemką brnąc po pas w błocie. Takie atrakcje to nie dla nas! Po szybkim asfaltowym przelocie w miarę szybko choć nie od razu znalazłyśmy PK4  - na początku go przejechałam bo nawet nie zmierzyłam odległości będąc pewna że zauważę ten przepust, który jak się okazało jednak nie był tak prosty do znalezienia.

PK7 przysporzył nam trochę nerwów, bo dwie kolejne drogi wybrane przez nas na mapie jakoś nie zgadzały się z terenem. Ostatecznie wjechałyśmy w las tak raczej na chybił trafił, kierując się mniej więcej na wschód. Dotarłyśmy ostatecznie do punktu czerpania wody gdzie zorientowałyśmy się w końcu gdzie jesteśmy i dalej już zgadzającymi się ścieżkami dojechałyśmy do PK7, który wypatrzyłam już ze ścieżki mimo że oddalony był od niej o jakieś 100m. Na wyjeździe odkryłyśmy też że droga którą chciałyśmy jechać jednak była - tylko nie była drogą, a jedynie ścieżynką w pokrzywach której jakoś nie mogłyśmy zaufać. Ostatecznie jednak nie straciłyśmy chyba aż tak dużo czasu, za to trochę cierpliwości. Do teraz nie jestem pewna jak naprawdę jechałyśmy na ten punkt.

Mama na siódemce - odnalezienie tego punktu dało mi sporo radości.


Na kolejnym PK3 skorzystałyśmy z bliskości rzeki i ochłodziłyśmy się w wodzie, co przyniosło przynajmniej na chwilę ulgę od upału przed ruszeniem w dalszą drogę - na PK2. Na szczęście tu drogi były łatwe, a na punkcie czekała woda. Uzupełniłyśmy zapasy i odpoczęłyśmy chwilę obmyślając dalszą strategię. Po zaliczeniu niedalekiego PK8 ruszyłyśmy na szóstkę z zadaniem specjalnym - przeprawą pontonową. Niestety nie przyjrzałyśmy się wcześniej mapie zbyt uważnie i okazało się że od południa do punktu nie ma żadnej drogi, same więc utrudniłyśmy sobie zadanie. Na punkt jakoś udało nam się przebić, pod koniec już pchając i przenosząc rowery przez usłany gałęziami zrąb. Nad jeziorem odbiłyśmy PK6B po czym z przyjemnością zmoczyłyśmy nogi by wsiąść do pontonu i przeprawić się na drugą stronę po PK6A. Na drugim brzegu podjechał na punkt tata, skorzystał więc z okazji i razem z nami przeprawił się na "nasz", południowy brzeg. Czasu na pogaduszki nie było (głównie tata popędzał, nam się aż tak nie spieszyło), powiedział tylko, że został mu tylko jeden punkt i meta. Przed nami punktów było jeszcze pięć (plus dwa na LOPce).

Wjazd na dwójkę (zdjęcie od organizatorów - fb)

I nasze rowery (zdjęcie od organizatorów - fb)


Ruszyłyśmy dalej na południe w stronę PK14. Choć plątanina ścieżek nie wróżyła dobrze, okazało się że poszło łatwiej niż przypuszczałyśmy - zamiast ścieżkami poruszałyśmy się przecinkami, którymi jechało się całkiem przyjemnie. Na punkcie dopadło mnie jednak zmęczenie i konsekwencje upału - musiałam na chwilę usiąść i odpocząć, posilić się sezamkiem z rozsądku a izotonikiem z czystej chęci. Na szczęście nie było aż tak źle jak rok temu - obyło się bez polewania głowy wodą i leżenia na każdym punkcie. Kiedy już się zbierałyśmy na punkt wjechało dwóch zawodników z trasy Adventure. Zagadnięci o to jak się jechało przecinką przyznali, że oni już właściwie nie jadą, tylko się toczą. Trudno się dziwić! Ja, choć na trasie byłam 10 godzin krócej też właściwie robiłam to samo. Po zaliczeniu czternastki zgarnęłyśmy PK11 i PK12, i wjechałyśmy na linię obowiązkowego przejazdu, którą udało nam się przejechać chyba bezbłędnie. No, raz wróciłyśmy się parę metrów do przeoczonej ścieżki. Dwa punkty znalezione, dobiłyśmy do PK13 i można by powiedzieć, że zaczęłyśmy długi finisz. Nareszcie!



Na tym ostatnim odcinku drogi były na szczęście bardzo dobre, bo choć kilometrów nie zrobiłyśmy dużo, to jednak zmęczenie dawało się mocno we znaki. Na jednym ze skrzyżowań minęłyśmy naszą znajomą Dankę Blank, konferującą z kimś przez telefon. Zdziwiłam się, bo byłam pewna, że już dawno jest na mecie, ale okazało się że złapali na trasie dwie gumy. Szybko ruszyłyśmy więc na PK10 - skoro Danka jest w trasie to wciąż jest o co walczyć! Punkt znaleziony bez problemów, a i droga z niego do Czaplinka okazała się być całkiem przyjemna. O 18:18 zameldowałyśmy się na mecie i, jak się po chwili okazało - jako pierwsze kobiety! Pierwszy raz udało nam się wygrać rajd. Na dodatek organizatorzy tak jak i w zeszłym roku postarali się o odpowiednie zaopatrzenie i zapewnili na mecie piwo, które było nawet chłodne i smakowało rewelacyjnie. Tak jak i makaron, który zjadłam błyskawicznie kiedy po prysznicu i chwili odpoczynku organizm przypomniał sobie że od paru godzin prawie nic nie jadłam.

Ku niezadowoleniu taty, który trochę już się na nas naczekał, uparłam się żeby poczekać aż zostanie zorganizowana dekoracja - jak już raz udało się wygrać to nie ma co, nie odpuszczę stanięcia na podium! Jak się okazało warto było poczekać, bo poza czystą satysfakcją dostałyśmy też okularki rowerowe, z których bardzo się ucieszyłam, bo właśnie okularków brakowało mi w moim ekwipunku. Nagroda jak na zamówienie! A więc tak jak i rok temu, trudy okazały się nie pójść na marne, a cały rajd na pewno będę dobrze wspominać.

Zdjęcie słabe, ale jest - na najwyższych stopniach podium!

Statystyki:
dystans: 102,34 km
czas ogólny: 9:18:00
czas czystej jazdy: 6:36:50
prędkość średnia: 15,47 km/h

Mapa całości:

2 komentarze:

  1. W takich przypadkach przydałby się pilot. Dla mnie rozdzielanie uwagi na jazdę i sprawdzanie trasy na mapie jest dosyć trudne. Nowoczesna technologia jednak zabiera nam takie cenne umiejętności... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, muszę przyznać że imponujący dystans! Ale wygląda to również na świetną zabawę, to wspaniale, że pojawia się coraz więcej tego typu imprez :))

    OdpowiedzUsuń